NiePrzewodnik Biennalowy

4 ECHOES

Obecnie w kolekcji Elbląga jest 55 obiektów powstających od I Biennale Form Przestrzennych w 1965 roku do obecnych czasów. Otwarta Galeria w skład której wchodzą obiekty, tworzą jedną z największych kolekcji dzieł awangardowych artystów w przestrzeni publicznej na świecie. Każdy z tych obiektów otrzymuje swoistą sygnaturę audio w formie słuchowiska. Zapraszamy do spaceru.

Dofinansowano ze środków programu własnego Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku pn. Rzeźba w przestrzeni publicznej dla Niepodległej – 2024 pochodzących z budżetu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dofinansowano ze środków programu własnego Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku pn. Rzeźba w przestrzeni publicznej dla Niepodległej – 2025 pochodzących z budżetu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Intro
00:00--:--

Henryk Morel

Proces niszczenia.

Historia Elbląga i jego Otwartej Galerii jest nierozerwalnie związana z pojęciem ruiny i odbudowy, z doświadczeniem utraty i próbą przywracania znaczeń w przestrzeni publicznej. Miasto, zniszczone niemal całkowicie w 1945 roku, stało się w latach sześćdziesiątych laboratorium artystycznym, w którym awangardowi twórcy – z inicjatywy Gerarda Kwiatkowskiego i Mariana Bogusza – podjęli próbę wpisania sztuki w tkankę miasta, wciąż noszącego na sobie ślady wojennej traumy. Biennale Form Przestrzennych, zainicjowane w 1965 roku, było eksperymentem bez precedensu. Po raz pierwszy w Polsce artyści awangardowi współpracowali z robotnikami i inżynierami wielkiego zakładu przemysłowego, Zakładów Mechanicznych ZAMECH. Z tego mariażu sztuki i przemysłu narodziły się monumentalne, abstrakcyjne formy z metalu, które umieszczono w przestrzeni miasta i jego okolic. Był to gest radykalny – nie tylko artystycznie, ale i społecznie. Formy przestrzenne, stojące wśród ruin, miały stać się symbolem odbudowy i otwarcia na nowoczesność. Do dziś zachowało się 55 dzieł, które określa się mianem Otwartej Galerii. Ta kolekcja, choć niejednoznacznie odbierana przez mieszkańców, wprowadziła Elbląg w światowy kontekst sztuki współczesnej. Na tle tej historii szczególnie wymowne jest dzieło Henryka Morela z 1967 roku – Zniszczenie. Rzeźba wzniesiona na Górze Chrobrego, monumentalna konstrukcja ze złomu, miała od początku wpisany w siebie proces rozpadu. Artysta zakładał, że czas, warunki atmosferyczne i naturalna korozja metalu doprowadzą dzieło do stopniowej destrukcji. Nie miała być konserwowana – jej przemijanie było częścią konceptu. Morel mówił, że forma górująca nad miastem ma być przypomnieniem o ciągłym zagrożeniu i o tym, że złe siły mogą zawsze powracać. Przez wiele lat Zniszczenie było stałym punktem krajobrazu Góry Chrobrego. Jej ostre, rdzewiejące krawędzie kontrastowały z zimowym pejzażem, w którym elblążanie jeździli na nartach i sankach. Dla mieszkańców była czymś więcej niż abstrakcyjną rzeźbą – była znakiem miejsca, nieformalnym punktem orientacyjnym. Paradoksalnie, w świecie, gdzie formy przestrzenne często uchodziły za niezrozumiałe „relikty komunizmu”, właśnie ta rzeźba, poprzez swoją obecność, wrosła w pamięć lokalnej społeczności. Końcówka lat dziewięćdziesiątych przyniosła jednak jej nagłe unicestwienie. Zamiast naturalnego, zakładanego przez artystę procesu rozpadu, dzieło zostało rozcięte i rozkradzione przez złomiarzy. To nie czas, ale ludzka chciwość i brak opieki doprowadziły do zniknięcia rzeźby. Co znamienne, mieszkańcy Elbląga zwrócili uwagę na tę stratę – komentowano brak troski ze strony miasta i Galerii EL. Nikt nie wiedział, że w intencji artysty dzieło miało przecież niszczeć. Brak formy stał się wyraźniejszy niż jej istnienie. Gest Morela można czytać jako jedną z pierwszych w Polsce prób użycia destrukcji jako materii rzeźbiarskiej. Grzegorz Kowalski wspominał, że Morel „nosił tę destrukcję w sobie”. Jego rzeźba była przestrogą, memento dla współczesności, obrazem cywilizacji skazanej na samozniszczenie. W tym sensie Zniszczenie wyprzedzało swoją epokę, wpisując się w praktyki sztuki efemerycznej i konceptualnej, które dopiero zyskiwały międzynarodowy rozgłos. Historia tego dzieła splata się z tragicznym losem samego artysty. Morel, wychowanek Antoniego Kenara, uczestnik najważniejszych plenerów awangardy lat sześćdziesiątych, twórca wizjonerskich projektów multimedialnych, nie wytrzymał ciężaru własnych doświadczeń i w 1968 roku popełnił samobójstwo. Jego śmierć sprawiła, że Zniszczenie nabrało dodatkowego, osobistego wymiaru – stało się nie tylko symbolem cywilizacyjnego rozpadu, ale i świadectwem wewnętrznego dramatu artysty. Dziś, gdy wspominamy tę rzeźbę, mówimy nie tylko o stracie dzieła sztuki, ale o zaniku pewnej pamięci miejsca. Brak materialnej formy można jednak uzupełnić innymi środkami. W ramach projektu TAPE4, który współtworzę, podjęliśmy próbę dźwiękowego upamiętnienia pracy Morela. Wspólnie z Marcinem Dymiterem nagraliśmy Hommage à Morel – zapis sonosfery Góry Chrobrego, dźwięków środowiska, odgłosów maszyn, a także głosów Jerzego i Niny Wojewskich, świadków stawiania rzeźby. Jerzy Wojewski, inżynier z ZAMECHU i współzałożyciel Galerii EL, osobiście uczestniczył w transporcie i montażu konstrukcji, znał zarówno Kwiatkowskiego, jak i samego Morela. To świadectwo ustne, splecione z dźwiękiem natury i miasta, stało się nową formą pomnika. Nagranie zapisaliśmy na taśmie magnetycznej – medium, które samo podlega niszczeniu, ale właśnie w tym kryje się jego autentyczność. Projekt TAPE4 traktuje taśmę jako nośnik pamięci – palimpsest, w którym nakładają się ślady przeszłości i współczesne brzmienia. To próba przywrócenia tego, co zniknęło, w innej formie, niematerialnej, lecz równie sugestywnej. Zniszczenie nie istnieje już fizycznie, ale rezonuje w pejzażu dźwiękowym, w pamięci świadków, w opowieściach, w nagraniach. Proces niszczenia, który rozpoczął Morel, trwa nadal – nie w materii metalu, ale w świadomości. To przypomnienie, że sztuka w przestrzeni publicznej nigdy nie jest neutralna. Nawet jeśli niezrozumiała i obca, potrafi wpisać się w krajobraz codzienności i stać się jego istotnym elementem. A gdy znika – zostawia pustkę, która zmusza do refleksji. W tym sensie historia Zniszczenia jest historią pamięci – tej, która ulega zamazaniu, i tej, która uparcie powraca. Destrukcja, która miała być końcem, staje się początkiem nowej opowieści.

1 sound

DOWNLOAD OUR APP TO DISCOVER THIS TOUR AND MANY OTHERS.

play-storeapp-store

Or start creating tours, treasure hunts, POI maps... Just let your imagination guide you.


Other walks nearby

Elbląg Soundmarks

Elbląg Soundmarks

Elbląg
Elbląg Soundmarks Impresja na temat pejzażu dźwiękowego miasta Odkąd pamiętam, przechadzając się ulicami Elbląga – słuchałem. Fascynowały mnie dźwięki, które próbowałem wyłowić z szumu. Zamykałem oczy i starałem się przypisać je do miejsca, urządzenia, środka transportu... Taka zabawa małego chłopca. Skupiałem się na tych generowanych nie przez naturę, lecz przez człowieka. Wśród świergotu wróbli i jaskółek, szumu starych lip w otoczeniu dzielnicy, gdzie się wychowałem, można je było bardzo łatwo wyodrębnić. Były ciekawe, inne niż tło natury, ingerujące, ale i intrygujące. Każda wycieczka „do miasta”, jak zwykliśmy mawiać na wyjazd tramwajem w okolice dzisiejszego Centrum czy Starego Miasta, była niesamowitą przygodą. Trasa tramwaju krzyżowała się z torami kolejowymi przebiegającymi przez środek miasta. To poniemiecka Kolej Nadzalewowa – HUB. Przejeżdżający pociąg skutecznie dezorganizował ruch w mieście. Tramwaj przecinał szlak kolejowy z głośnym zgrzytem i zatrzymywał się na przystanku przy gmachu sądu. Tu o godzinie dwunastej można było usłyszeć dźwięk mechanicznego kurantu, grającego starą żuławską melodię z wieży wspomnianego gimnazjum – obecnie ratusza. Dziwne jest to, że pamiętam intrygującą, monumentalną barwę dźwięku pozytywu, a melodii, choć dziś ją znam, dopasować do niego nie potrafię. Następny przystanek tramwaju to plac Słowiański, brama do – wówczas nieistniejącego już i jeszcze – Starego Miasta. Na placu Słowiańskim wysiadaliśmy. Szedłem za rękę z rodzicami do babci. Dochodziliśmy do Starego Rynku i monumentalnej wieży „kościoła zabytkowego”. Bilim-bam, bam-bam... Rozpoczynał się głośny spektakl bicia dzwonów. Ich dźwięk przytłaczał wszystko – dominował w audiokrajobrazie. Historia dzwonów obecnej katedry Świętego Mikołaja jest bardzo bogata. Pierwsze instrumenty istniały tam już w połowie XIV wieku. Słynny pożar z 26 kwietnia 1777 roku, który strawił świątynię i jej trzy wieże oraz znaczny fragment Starego Miasta z ratuszem, spowodował, że na długi czas zamilkły. Kościół odbudowano jedynie z niewielką sygnaturką i dopiero w 1907 roku, po zbudowaniu nowej, 97-metrowej wieży, umieszczono tam sześć dużych dzwonów, które w 1917 roku zostały przetopione na potrzeby militarne Wielkiej Wojny. Nowe, które pojawiły się w 1928, spotkał podobny los w kolejnej wojnie. Obecne trzy stalowe dzwony pochodzą z rozebranego pod koniec lat czterdziestych kościoła Świętej Anny. Fontanna Neptuna, zwana „śpiewającą”, stała do 1945 roku w miejscu, gdzie zwykłem z rodzicami skręcać z ulicy Kowalskiej w ulicę Stary Rynek. Od XIII wieku była głównym dystrybutorem wody na elbląskiej starówce. Woda do studni doprowadzana była specjalnym rurociągiem. W staroniemieckim Pfeife oznacza flet, piszczałkę, ale także rurę – i dlatego fontannę nazywano Pfeifen Brunnen, Gwiżdżące Źródło. Czy rzeczywiście gwizdała? Mogłem to sobie tylko wyobrazić... Upalne letnie dni były pretekstem do wypraw z domu nad wodę. Chodziłem z kolegami z ulicy na odkryty basen. Nigdy nie szło się prosto do celu, zawsze gdzieś trzeba było zakręcić. Wychodziliśmy z naszej dzielnicy na ulicę Sadową i wspinaliśmy się pod górkę w stronę przejścia przez poniemiecki cmentarz na Wzgórzu Napoleona. Na dawnych mapach wzgórze to oznaczone jest jako Napoleonsberg – Góra Napoleona. Nie bez powodu: 8 maja 1809 roku cesarz Francuzów odebrał w tym miejscu defiladę. Na jego cześć tuż przy skarpie posadzono dąb, przez nas, dzieci, nazywany „świętym dębem”. Poniemiecki cmentarz był zalesiony, kwatery – łatwe do odróżnienia, choć zarośnięte, a nagrobki zdewastowane. Szliśmy w ciszy. Cmentarz wypełniały odgłosy leśnych ptaków, bzyczenie owadów latających wokół pachnących lip. To jedna z najważniejszych poniemieckich elbląskich nekropolii, zarazem jedyna ocalała. Nasz cel to basen – ruszaliśmy więc dalej. Krajobraz dźwiękowy zaczynał wypełniać gwar i plusk dzieci kąpiących się w tzw. brodziku, niecce w kształcie dużej nerki o wymiarach około 30×20 metrów. Bliżej dużego basenu pojawiał się hałas co najmniej tysiąca osób. Słyszałem plusk wody, gwizdki pływających na łódkach ratowników, głosy wzmacniane przez megafon, który – sprzęgając się – zagłuszał je ostrym piskiem, nawoływania sprzedawców napojów i lodów, kakofonię z radyjek tranzystorowych, śmiech i krzyki. W momencie otwarcia, w 1934 roku, był to największy tego typu basen w Europie. Miał niespotykane, jak na standardy basenów miejskich, wymiary: 100×230 metrów, głębokość do 3 metrów, a powierzchnia lustra wody wynosiła 3,4 hektara. Przez środek basenu biegł pomost z charakterystycznym garbem, pod którym mogły przepływać łódki z ratownikami, a który dzielił go na dwie części: strzeżoną i niestrzeżoną. Pamiętam, jak hałas ludzi wypełniał tę przestrzeń. Nie chcąc go słyszeć, zanurzałem się w wodzie... nurkowałem i odkrywałem inne dźwięki. Po wyjściu z basenu kierowaliśmy się do Bażantarni, idąc wzdłuż torów tramwaju nr 2. Tuż za pętlą rozpoczynał się trakt – aleja w stronę lasu, przecięta na wstępie wartką rzeką Kumiela, chlupoczącą i szumiącą pod wyasfaltowanym mostkiem. Za nim wchodziło się w świat zupełnie innych dźwięków. Doskonale pamiętam tę umowną, ale i wymowną granicę: między cywilizacją a naturą. Bażantarnia, po niemiecku zwana Vogelsang, czyli Ptasi Śpiew, od XIX wieku była miejscem wypoczynku elblążan. Znajdowała się w niej świetna mała architektura w postaci wybudowanej na początku XX wieku muszli koncertowej z tarasami i gospodą naprzeciwko. W restauracji siedziało kilka osób, przez jej otwarte okna dobiegały ciche rozmowy i stukot sztućców o talerze. Wskoczyliśmy na scenę muszli. Jej kształt powodował, że pośrodku słychać było to, co działo się przed nią. To dziwne odczucie, gdyż nie można było ustalić kierunku, z którego dochodził dźwięk, bo kiedy patrzyło się na widownię, pojawiał się z tyłu głowy. Niesamowita przygoda dźwiękowa. Bawiliśmy się, szepcząc do siebie to z muszli, to z widowni, z tego jej punktu, z którego dźwięk docierał najlepiej. Od tamtych chwil minęło ponad trzydzieści lat, miasto się zmieniło i jego audiosfera też. Stare Miasto się odbudowuje. Latem pełno tu turystów. Zgiełk, hałas, warkot samochodów, muzyka z licznych lokali gastronomicznych, ruch dostawców. Dzwony katedry ciągle dominują, choć przytłumione – teraz odbijają się od fasad rekonstruowanych budynków. Wokół restauracje z ogródkami, gra muzyka, słychać gwar rozmów. Próżno nasłuchiwać dźwięku suwnic i rytmów maszyn dawnej fabryki turbin. Wzgórze Napoleona stało się parkiem i lapidarium. Szum pobliskiej ulicy Bema nie ustaje, ciągle słychać dźwięk skręcającego na pętli tramwaju, ptaków jakby mniej. Na największym basenie w Europie cisza. Nie słychać plusku i gwaru ludzi. Basen w ruinie. Zarósł trawami, które szumią w rytm wiatru, słychać ptaki, owady i helikopter ratunkowy lądujący przy pobliskim szpitalu, sygnały karetki pogotowia. W Bażantarni więcej ludzi, dużo więcej. Pełno samochodów na parkingu przy muszli koncertowej. Biegacze, chodziarze, rowerzyści, rodziny i muzyka z głośnika bluetooth. Dźwięki z mojej pamięci zaczęły się zamazywać, znikać w szumie. Zrobiło się jakoś głośniej, znacznie głośniej. (fragmenty eseju "Dźwięki z pamięci" Macieja Olewniczaka, opublikowanego w książce festiwalowej Wydźwięki/Resonances) Dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
free
Red Data Book

Red Data Book

Elbląg, Warmian-Masurian Voivodeship, Poland
Podczas spaceru dźwiękowego po Bażantarni możesz podążać za głosami rzadkich gatunków zwierząt – wykreowanych przez ludzi. Jak do tego doszło? Kilka lat temu litewska artystka Indrė Liškauskaitė postanowiła przerobić na nowo treść książki naukowej litewskiej Czerwonej Księgi (Red Data Book), która zbiera zagrożone gatunki zwierząt, roślin i grzybów. Artystka skupiła się tylko na zwierzętach - usunęła z niej także wszystkie przedstawienia wizualne i wyeksponowała takie cechy jak: sposób poruszania się, odżywiania, miejscach występowania danego gatunku. Dodała również własną kategorię – stopień niebezpieczeństwa danego gatunku. Swoją wnikliwą i analityczną pracą nad tekstem czerwonej księgi artystka chciała zwrócić uwagę na cechę ludzką jaką jest potrzebę katalogowania i kontrolowania natury. Artystka gra z tekstem i sprawdza czujność świata nauki – wprowadzając jeden gatunek… totalnie przez nią wymyślony! Interdyscyplinarnym rozwinięciem tej pracy jest działanie, w którym opisy zwierząt są intepretowane dźwiękowo przez czytelników nowej Czerwonej Księgi. Na stronie internetowej reddatabook.com można wylosować opis jednego z gatunków i spróbować zinterpretować dźwiękowo – nagrywając skojarzenia z danym osobnikiem, budując bibliotekę ludzkich interpretacji dźwięków zwierząt. Bażantarnia jest niezwykłym miejscem na mapie Elbląga – jest to dom dla wielu nietypowych dla tego obszaru polski gatunków fauny i flory – głównie gatunków roślin występujących w klimacie górskim. Niepowtarzalny charakter tego miejsca nadaje nowego kontekstu pracy, a ludzkie / nieludzkie zwierzęta znajdują swoje nowe kryjówki w elbląskim lesie. Instalacja powstała we współautorstwie z kuratorką Alicją Jelińską oraz Marcinem Barskim w ramach festiwalu Wydźwięki realizowanym w Galerii El. Dźwięki powstały na przestrzeni kilku lat podczas warsztatów i za pośrednictwem strony internetowej towarzyszącej projektowi. Wcześniejsze realizacje prac miały miejsce w ramach programu Rezydencji Artystycznych Fundacji Artystów Kolonia Teraz (@rezydenc.ja) na wydziale Uniwersytetu Biologii w Gdańsku oraz podczas Festiwalu Narracje w Gdańsku-Oliwie w 2018 roku.
free
PODŻYCIE/UNDERLIFE

PODŻYCIE/UNDERLIFE

Gdańsk
PL Instalacja Podżycie powstała w ramach festiwalu Narracje 2023. Dźwięk: Magdalena Franczak Mastering: Marcin Dymiter Pod powierzchnią toczy się podżycie. Równoległy świat zbudowany w rewersie do nasłonecznionego i naświetlonego. W podżyciu to, co ludzkie przeplata się z tym, co nieludzkie. Korytarze zepchniętych wspomnień, podtrzymywane kośćmi ziemi, migrują wraz z korzeniami i ulegają przemieszczeniu. To właśnie w ich ciasne przestrzenie spadają strzępy historii o kobietach z oruńskiego Magdalenenheim. Głównym zajęciem rezydentek tego „azylu dla upadłych dziewcząt” była praca w pralni. Fragmenty opowieści przenikają więc w strukturę ziemi, wtulając się w nią cząsteczkami wylewanych mydlin i wody. Ta woda pamięta kolorami. Biała sukienka – szara woda. Czerwona bluzka – różowa woda. Niebieskie spodnie – błękitna woda. A łzy? Łzy mają osobne arterie w podżyciu: od czasu do czasu parują, zaznaczając swoją obecność, przeciskając się przez trawę i ziemię. W obszarze dawnego cmentarza ewangelickiego dziś rozciąga się park, leżą tory, wznoszą budynki przychodni i bloku. Tu właśnie umieszczam swoją opowieść. Tu stawiam naczynia wypełnione kolorową cieczą i łączę je w linię, która łukiem wyznacza widmową mapę tego miejsca. Wyobraź sobie: kobiety stoją w półkolu, płaczą, a ceramiczne naczynia ustawione u ich stóp zbierają spadające łzy. Ciepło i ból sączą się w korytarze podżycia. Woda ma różne stany skupienia, ale kiedy paruje, łączy się z naszymi oddechami i zapomnianymi opowieściami. Jedną z nich usłyszysz, wkładając słuchawki – jest próbą oddania głosu zapomnianym bohaterkom tego miejsca. Spacerując parkiem, wsłuchuj się w słowa. Schodząc ze ścieżek, wyczuwaj oddechy. Patrząc na ziemię pod stopami, wypatruj tego, co głębiej – szukaj oznak podżycia. tekst: Magdalena Franczak ENG https://narracje.eu/en/artysta/magdalena-franczak/
free

Are you a creator?

START HERE

Privacy & cookie policy / Terms and conditions

© ECHOES. All rights reserved / ECHOES.XYZ Limited is a company registered in England and Wales, Registered office at Merston Common Cottage, Merston, Chichester, West Sussex, PO20 1BE

v2.5.15 © ECHOES. All rights reserved.